Sens istnienia

Wiedza, która może pomóc, gdy boli dusza...

Moderator: Moderatorzy

Inna
Posty: 322
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Sens istnienia

Post autor: Inna » 15 paź 2021, 12:37

Kochani.
Chciałabym się z wami podzielić moimi przemyśleniami na tematy różne.
Dziś o sensie istnienia, a w najbliższym czasie o świadomości, o etykietkach nadawanym ludziom, o osobach wysoko wrażliwych, o manipulacji, depresji...
Wszystkie te artykuły powstały z autorefleksji, z chęci poznania i zrozumienia siebie. Korzystałam też z różnych źródeł i odczuwając dobrodziejstwo ludzi, którzy dzielą się swoją wiedzą, przeżyciami, doświadczeniami, zrozumiałam, a może i dojrzałam do tego, że i ja chciałabym się dzielić.
Więc się dzielę, bo takie dzielenie daje znak, że nikt tak naprawdę nie jest sam ze swoim problemem, że jest nas więcej.
Ten artykuł o sensie istnienia jest pierwszym, jaki napisałam będąc w terapii dla osób uzależnionych 5 lat temu. Nie został dobrze przyjęty. Moja wiara była w pewnym stopniu odrzucana. Stąd w artykule jest wiele odniesień do osób, które do tego tematu podchodziły bardzo sceptycznie.
Ponownie spróbowałam po 3 latach. Tym razem trafiłam na terapię dla osób z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi. Tam nikt nie odrzucał mojego myślenia. Tam otrzymałam wsparcie i zachętę do dzielenia się swoim pisaniem.
Od roku piszę więc do kwartalnika Antidotum. Jest to czasopismo regionalne. Oczywiście pod pseudonimem Inna :)
Nie odważyłam się na ujawnienie.
Na ostatnim wypoczynku z Sycharem i rozmową z moderatorami (byłymi i obecnymi ;) ), postanowiłam, że i tutaj się podzielę.
Darmo dostałam (wsparcie) - darmo daję.
Mam nadzieję, że moje pisanie na coś się przyda.
Choćby tylko jako lektura na te jesienne chandry ;)
A może komuś faktycznie pomoże :)

A zatem miłej lektury :)

SENS ISTNIENIA

Jakiś czas temu, postanowiłam zmierzyć się z pytaniem jaki jest sens istnienia.
Bardzo trudne pytanie.
Nad sensem istnienia zastanawiało się wielu i wielu zastanawia do tej pory.
By sobie na to pytanie odpowiedzieć, trzeba mieć cel. Bo jak i po co żyć nie mając celu?
Życie bez celu to nie życie. To wegetacja. Takie życie jest właśnie bez sensu. Każdy z nas ma jakiś cel. A że każdy człowiek jest inny, to i cele są różne.
Celem jednego jest być szczęśliwym, drugiego kochanym, innego bogatym, sławnym, lubianym. Rodzina, praca, podróże to też cele. I tak można by wymieniać bez końca.
Załóżmy, że mamy cel. Ukierunkowujemy się na niego i zaczynamy działanie by go zrealizować. Po drodze jednak napotykamy wiele przeszkód. Jednych zmotywują, innych zniechęcą. Dla tych wytrwałych nagrodą jest osiągnięcie celu.
Zadajmy sobie pytanie, co czujemy osiągnąwszy cel?
Satysfakcję? Na pewno. Radość? I owszem. Dumę? Jak najbardziej. Co jeszcze? Nasycenie? Zaspokojenie? Błogi spokój? Też. Ale jak długo to trwa? Zaledwie chwilę... Bo człowiek jest istotą nienasyconą, ciągle mu mało. Im więcej ma, tym więcej chce. Rzadko kiedy wystarcza mu to co osiągnął. Stawia sobie nowe cele, dąży do nich, powiedzmy, że je osiąga, odczuwa różne emocje i....co dalej? Dalej to samo a zaspokojenia brak.
Nie twierdzę, że to złe nawyki czy ambicje. Ja to u ludzi cenię. Ważne jest mieć jakiś cel w życiu. Gdy jest ich więcej tym lepiej. Ale w dążeniu do osiągnięcia ich, zapominamy o najważniejszym celu. O celu, który nadaje sens naszemu życiu.
Oczyma wyobraźni już widzę skrzywione uśmiechy :) A ileż przekory w tym momencie się pojawia :) Tak, tak. Przekory i buntu.
Bo człowiek mało tego, że jest nienasycony, niezaspokojony, to jeszcze na dodatek jest przekorny. Nie zamierzam udowadniać przekorności. Wystarczy się rozejrzeć.
Ja zmierzam do innego słowa. Choć z przekornością też ma coś wspólnego. Wystarczy ze słowa przekorny wyjąć trzy literki "rze", zastąpić je jedną literką "o" i powstaje wyraz jakże nam znany i pożądany. Pokorny.
Czyż to przemienione słowo nie napawa spokojem? :) Przecież każdy z nas pragnie spokoju. A przede wszystkim spokoju ducha. Co zatem jest bliższe temu? Przekora czy pokora?
Każdy z nas, i ten przekorny i ten pokorny, co najmniej raz w swoim życiu zadaje sobie pytania typu: Po co to wszystko? Czy to ma sens? Dokąd zmierzam? I tak kiedyś umrę
Kiedyś... Nikt nie wie kiedy. Czy umierając zabierze to wszystko ze sobą do grobu? Czy zabierze bogactwo i sławę? Czy zabierze ludzi, których kocha?
Nie. Nie zabierze niczego.
Ale jest coś, co nigdy nie umiera.
To dusza.
Każdy człowiek ją posiada. Ale nie każdy jest jej świadom. A przecież dusza to nic innego jak sumienie. Sumienie to część ciała.
Ktoś kiedyś powiedział (niejaki Kołakowski) :
"…wolno ryzykować przypuszczenie, że słuchanie sumienia jest w sumie bezpieczniejsze i że ono mniej nas może oszukiwać, aniżeli zasady moralne, które przecież niemal zawsze potrafimy na naszą korzyść przekręcić".
Czy w tym stwierdzeniu nie ujawnia się nasza przekorność? Czy czasem nie robimy czegoś wbrew sumieniu? Na przekór?
A czy nie odczuwamy wyrzutów sumienia, jeśli zrobiliśmy coś niezgodnego z naszym sumieniem?
Czy nie można by powiedzieć, że pod tą przekorą ukryta jest pokora? Pokora ściśle połączona z sumieniem?
Sumienie to takie dziecko pokory (ale wymyśliłam :) , no co....przynajmniej to "moje" ;)
Jak każde dziecko, potrzebuje ono opieki. Dobrze pielęgnowane rozwija się prawidłowo. Zaniedbane, jest pogubione, odczuwa pustkę, bywa często zagłuszane. Każdy człowiek ma sumienie, ale nie każdy się w nie zagłębia. A ono, czy człowiek tego chce czy nie, ujawnia się, daje znać o sobie. Wraca do swojej matki - pokory
Tak naprawdę, sumienie to tylko część duszy. Rozum i serce też należą do sumienia. I tu pewnie kolejny uśmieszek :) Bo rozum i serce to organy, czyli część ciała. A skoro ciało umiera to i dusza umiera...
Kto tak powie? Przypuszczam, że tak powie niewierzący. Wierzący wie, że ma duszę, wie, że dusza nie umiera, wie, że po śmierci ciała istnieje inne życie. Życie wieczne. Oczywiście, że człowiek niewierzący też wie o śmierci, też wie, że kiedyś umrze, ale odrzuca tę myśl, bo po co tym sobie głowę zawracać skoro jeszcze żyje, skoro ma się teraz dobrze, skoro jest zdrowy, ma rodzinę, pracę. Ale to życie może się skończyć w każdej chwili. Dziś, jutro, za tydzień...
Przynajmniej raz w życiu, człowiek zadaje sobie pytanie skąd się to wszystko wzięło. Gdzie miało swój początek? Skąd życie, niebo, ziemia? Ktoś to musiał stworzyć. A może samo się stworzyło?
Człowiek to podobno istota rozumna. Przypuszczam, że pytając kogokolwiek o początek istnienia i stworzenia świata, nie usłyszę raczej, że to wszystko pochodzi z kosmosu, energii, jakiejś erupcji, czy też, że wykluliśmy się z jajka. Rozumny człowiek aż takich głupot nie powie. Co najwyżej wysunie tezę, że pochodzimy od małpy. Ale ta małpa też skądś się przecież musiała wziąć. Przypuszczam, że na powyższe pytanie, każdy człowiek (a przynajmniej większa większość), powie, że pochodzimy od Adama i Ewy a świat stworzył Bóg. Powie to nawet dziecko. Powie też niewierzący. Bo tak naprawdę to każdy z nas jest wierzący, tylko czasami przekorny.
Każdy wierzy w jakiegoś Boga.
Gdyby komuś przyszło do głowy łapać mnie za słówka, to wykluczam w tym momencie ateistów, choć swoją teorię mam tak czy siak, bo i ateista w coś wierzy.
Powiecie, że nie wierzy. A on właśnie wierzy w to, że nie wierzy. No i bywa tak, że się nawraca. Przykładem jest Sołżenicyn, Gorbaczow czy Stein.
Wierząc w Boga, jakkolwiek go pojmujemy (choć i tu muszę swoje trzy grosze wtrącić :) a mianowicie nie mam na myśli tzw. bożków), mamy się na czym oprzeć. Przyjmujemy, że życie zawdzięczamy Bogu, że istniejący świat to Jego zasługa. To są podstawy naszej wiary. Bez nich człowiek jest bardzo pogubiony. A jeśli na dodatek ma wielu bożków (szczególny nacisk kładę na mamonę), błądzi, błądzi, błądzi... na zatracenie. Nie rozwinę tego tematu teraz, gdyż obawiam się, że trudno byłoby mi się zatrzymać, a nie o tym chciałam pisać, no ale jak to mam w zwyczaju - wiele wątków w jednym temacie ;)
Wracając do wiary w Boga (ja wierzę w jednego, ale to już wiecie), nawet niewierzący (a przynajmniej tak twierdzący), Go wzywa. Niby odruchowo, jak to potem tłumaczy... Ale nie zastanawia się skąd u niego ten odruch. Skoro nie wierzy, to dlaczego z jego ust padają słowa "o Boże", "o Jezu". "Matko Boska". Równie dobrze mógłby powiedzieć np. "o Janie", "o Anno"... Jakoś to tak nie pasuje, prawda? Zastanawialiście się kiedyś, w jakich sytuacjach te słowa padają? Albo jeszcze jedno powiedzenie "do diabła".... Zostawiam wam interpretację. Moja byłaby narzuceniem :)
Tak sobie myślę, pewnie nie tylko ja, że wzywając Boga tymi słowami, często nie zdając sobie nawet sprawy z tego, kiedy i w jakim momencie je wymawiamy, potwierdzamy istnienie Boga w każdej chwili naszego życia. On jest w nas. Nawet w chwilach, w których o Nim nie myślimy.
Tak, wiem. Wszyscy teraz powiedzą, że Bóg istnieje, że w Niego wierzą, po swojemu. A ja wyolbrzymiam, komplikuję, robię z igły widły ... ;) Ja, broń Boże nie chcę niczego narzucić, tylko się dzielę moimi "rozważaniami", które są u mnie na porządku dziennym. Chociaż te "widły" już mnie kuszą by rozwinąć interpretację powiedzenia "robić z igły widły" ;) no bo wiecie kto ma widły ;)... ale to może innym razem. Skupię się nad odpowiedzią na pytanie o sens istnienia. Moją własną oczywiście :) Bo ja go znalazłam i chcę się nim po prostu podzielić. Na swój specyficzny sposób oczywiście ;)
Mój cel jest łatwy ale i trudny zarazem. Prosty ale skomplikowany. Czasami wydaje się wręcz nieosiągalny, czasami na wyciągnięcie ręki. Cel ten zależy wyłącznie ode mnie i od mojej wolnej woli. Tylko tyle i aż tyle. Ja w niego wierzę i postanowiłam do niego dążyć. Na razie pełzam. Zdarzają mi się zrywy, ale wtedy naciągam ścięgna. Nieprzyzwyczajona do nieznanych ćwiczeń mam potem zakwasy. Wiem, że powinnam ćwiczyć powoli i systematycznie, ale co ja poradzę, że taka narwana jestem. Za każdym razem jednak mam nauczkę i to mnie sprowadza do parteru. Ale nawet z tej niskiej pozycji można się doskonalić. Powiedziałabym nawet, że ta pozycja jest bardziej pożądana w dążeniu do celu, który sobie założyłam, aniżeli taka jakby z piętra. Bo tu nie o wyższość chodzi, ale o uniżenie wręcz (w granicach rozsądku oczywiście).
Mój cel wymaga wielu wyrzeczeń. Jego realizacja wymaga wiele wysiłku i pracy nad sobą. Tu przydaje się i przekora i pokora. Przekora wtedy gdy ktoś mnie zniechęca, pokora, gdy staję się zbyt próżna. Zdecydowanie jednak potrzeba więcej pokory - matki sumienia (duszy). Dusza jak i ciało należą do Boga. To chyba wszyscy wiedzą (poprawka – na pewno wiedzą wierzący). Tak przynajmniej sądzę. Ale jeśli się mylę to przynajmniej wiem, że kto chce i wie, ten wie. Wierząc w Boga, wierzymy, że mamy duszę. Nieśmiertelną. A skoro dusza należy do Boga, to bez sensu jest pytanie o sens istnienia. Odpowiedź jest dziecinnie prosta. Sensem istnienia jest nasze życie, a gwoli ścisłości życie naszej duszy po śmierci, czyli życie wieczne.
Jakież to proste. Prosta prawda. Żyć tu na ziemi tak, aby po śmierci nie cierpieć wiecznie. Tu jest chwila - tam jest wieczność. Gdyby każdy człowiek poznał taki sens istnienia, na świecie nie byłoby zła, przemocy, grzechu. Ale człowiek jest przekorny, pamiętacie? I to wszystko zło też jest, bo coraz więcej ludzi w Boga już nie wierzy. A jeśli wierzą, to jest to tzw. "letnia wiara". Ludziom się nie chce zagłębiać w takie pytanie jak sens istnienia. To wymaga wysiłku a przede wszystkim zmiany. Siebie i myślenia. Dzisiejszy człowiek jest wygodny. Będzie robił wszystko by sobie życia nie utrudniać. Pójdzie na łatwiznę, zagłuszy sumienie używkami, przyjemnościami, wygodnictwem. Byle nie myśleć za dużo. A wiecie kto się boi myślenia?
Podobno diabeł.
Sumienia jednak nie da się oszukać Ono prędzej czy później się odezwie. A w obliczu śmierci na pewno. Pojawi się też trwoga. Zapewne znacie powiedzenie "jak trwoga to do Boga". Nikt mi chyba nie zaprzeczy, że umierający człowiek się nie boi. Czyż to nic nie znaczy? Czy musimy się bać śmierci? Oczywiście, że nie. Mamy wybór i wolną wolę. Możemy umrzeć bez poczucia strachu i ze spokojem w duszy. Mamy taką możliwość. Ale by to osiągnąć musimy sobie na to zapracować. Kosztem wielu wyrzeczeń i poświęceń. I tu przydaje się pokora. Myślę, że warto, bo cel naszego (a przynajmniej mojego) życia jest jeden. Dla każdego człowieka ten sam, chociaż osiągany różnymi drogami. Tym celem jest życie wieczne. I od nas zależy jakie ono będzie. W niebie, czy w piekle. A takowe istnieje. O tym nawet dzieci wiedzą. Ci "niewierzący" również. Wiedzą że istnieje niebo, piekło, aniołki, diabełki, dobro, zło....
Na jedno wychodzi, tylko każdy to sobie inaczej interpretuje.
Fajnie tak sobie myśleć prosto. Że niebo zamieszkują aniołki, wszędzie lekko płyną chmurki, ze panuje tam błogi spokój, a w piekle odwrotnie, ciemność, ogień, diabełki, takie figlarne jeszcze, nie takie straszne przecież...
Ale to tylko takie niewinne, dziecinne skojarzenia.
A gdyby tak zapytać dorosłego o wizję nieba czy piekła? Już nie ma aniołków tylko Anioły i Archanioły, niebo nie jest łatwym celem. Żaden dorosły nie ośmieli się powiedzieć, że po swojej śmierci od razu będzie w Niebie. Bo dorosły już wie. Piekło też nie kojarzy mu się z figlarnymi diabełkami. Tam już widzi czarną otchłań, wieczne męki, jęki, zawodzenia i cierpienie. Wieczne cierpienie. Tam figlarny diabełek przybiera postać Szatana, Lucyfera, Demona. Brzmi groźnie? Bo on jest groźny. Bo o nim się nie mówi. Samo słowo Szatan wzbudza negatywne emocje (no chyba że ktoś z nim trzyma). Wiele się mówi w naszym Kościele o działaniu Boga w naszym życiu, ale o odprawianiu egzorcyzmów niewiele. Spłyca się działanie Szatana do jako takiego zła. Jego imienia się nie wymawia. Ze strachu? Może gdyby człowiek wiedział o nim więcej, zacząłby się go bać na poważnie? Może przestałby się bać śmierci, gdyby zaczął się bać Szatana. Gdyby zbliżył się do Boga. Gdyby zechciał poznać tajemnicę Eucharystii, gdyby przynajmniej zaczął, próbował, chciał. O to chcenie się rozchodzi. Ale nam się nie chce. Bo tak jest wygodniej. I tu wychodzi nasza próżność. Ulubiony grzech diabła. Polecam film "Adwokat diabła". Ale tu mogłabym pisać i pisać, a nie zamierzam (na razie) was bardziej irytować ;)
Dochodząc do sedna moich "rozważań", powiedzcie, czyż Niebo nie jest tym celem, który chce osiągnąć każdy z nas? Czy mając wybór, Niebo, bądź piekło, wybierzemy piekło? Chyba nikt z nas tam trafić nie chce. A zatem cel jest jeden. Tym celem jest Niebo i życie wieczne, a raczej życie wieczne w Niebie. Taki cel nadaje naszemu życiu sens. Tylko musimy się bardziej postarać, wysilić, zastanowić co w życiu jest najważniejsze, jakie wartości są na pierwszym miejscu. Jeśli do tego dojdziemy, zrozumiemy, że żyjemy po COŚ.
Po życie wieczne. Amen.

Domyślam się, że niejeden z was się pod nosem uśmiechnie, inny zirytuje, a jeszcze inny być może dostrzeże w tym jakiś sens. Oby tych ostatnich było jak najwięcej. Moim zamiarem nie jest was umoralniać. Pamiętacie? Każdy z nas ma wolną wolę. Każdy sobie na swój sposób odbierze te moje "wypociny". Ja nie oczekuję, ale mam nadzieję...że uszanujecie moje przekonania. Tylko tyle.... W średniowieczu zapewne skończyłabym na stosie ;) Dziś co najwyżej mogą mnie zamknąć w psychiatryku ;) Ale takie są właśnie moje przemyślenia i mam nadzieję, że nikomu tym krzywdy nie zrobię. Ja tylko chciałam się podzielić tym, co i w jaki sposób siedzi w mojej głowie. A uwierzcie, to jest zaledwie namiastka.... ;) To jest zaledwie liźnięcie tematu. Jeszcze kilka lat temu, kiedy zaczęłam się zastanawiać nad sensem istnienia (ponoć człowiek robi to w najnędzniejszym momencie swojego życia), byłam daleko od Boga. Ale moje sumienie, nie. Ono dawało coraz wyraźniej o sobie znać. To właśnie sumienie mnie ukierunkowało. Wtedy żyłam w jakiejś nieświadomości swoich czynów (grzechów), ale kiedy przychodzi świadomość, już nie da się ich powielać. Sumienie stoi na straży. Świadomość nie jest w stanie go zagłuszyć. Tego może dokonać tylko ten z rogami. I nadal świetnie mu to wychodzi, działając podstępem, pod przykrywką dobra. Ciągle wpadam w jego sidła, ale coraz większa świadomość tego co naprawdę w życiu i po życiu ważne, pozwala mi trzymać się tej jednej wytyczonej drogi. Tego mojego celu. Oj, jest trudno. Czasem ten cel mnie przerasta, ale nie zamierzam się poddać. Często słyszę, że wyolbrzymiam, że zbyt poważnie podchodzę do różnych kwestii życiowych. Ale gdybym słuchała innych, gdybym "odpuściła", nie byłoby tego tekstu, nie byłoby mnie już na tym świecie. Taka jest właśnie moja osobowość. Taka skomplikowana "ja". I nie zamierzam tego zmienić. Mnie jest z tym dobrze. Dociekać, drążyć, rozważać, filozofować nawet ;) Bez tego bym wegetowała. Jeśli to komuś przeszkadza, wystarczy nie słuchać, nie czytać. Ja właśnie taką siebie lubię. Taką pogmatwaną, roztrząsającą, rozdrabniającą na czynniki pierwsze. Długi czas byłam stłamszona, wystraszona, zamknięta w sobie. Dopiero teraz, gdy przyszła świadomość, zaczęłam się sobie przyglądać. A że moją zaletą (nie wadą) jest drobiazgowość, wyciągam z siebie wszystko co tylko się da. Wyrzucam całe zło i się mu przyglądam, nie przez lupę ale pod mikroskopem. Dobro też jest we mnie, ale na razie jeszcze leży głęboko zakopane urazami, żalami, upartością. Świadomość pozwala mi je wydobywać.
Świadomość… być może to kolejny temat na artykuł?
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)

Pantop
Posty: 2263
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Sens istnienia

Post autor: Pantop » 16 paź 2021, 15:10

Inna pisze:/.../Ja tylko chciałam się podzielić tym, co i w jaki sposób siedzi w mojej głowie. A uwierzcie, to jest zaledwie namiastka.... ;) To jest zaledwie liźnięcie tematu./.../
Ależ oczywiście że namiastka.

Naśladując zatem lapidarność, zwięzłość i dosadność Twych spostrzeżeń, dodam w tym miejscu powiedzenie kogoś mądrego i sprytnego:
,,Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz kiedy umrzesz,,.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 10751
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sens istnienia

Post autor: Nirwanna » 16 paź 2021, 17:25

Pantop pisze:
16 paź 2021, 15:10
.... powiedzenie kogoś mądrego i sprytnego:
,,Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz kiedy umrzesz,,.
Źródło :-) https://www.youtube.com/watch?v=lavcIhWaSjc
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Pantop
Posty: 2263
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Sens istnienia

Post autor: Pantop » 17 paź 2021, 9:56

Nirwanna ma rację.
Zdecydowanie powinienem podawać źródła 8-) , tylko że przeważnie tego nie robię :mrgreen:
Sabina Nowak w https://celnie.pl/cytaty-polskich-intelektualistow-ktore-warto-znac/ pisze:Znanym i rozchwytywanym filozofem i publicystą jest Wojciech Eichelberger, autor wielu książek i esejów. To jednak przede wszystkim psycholog i psychoterapeuta, który porusza rzeczy ważne i niejednokrotnie trudne dla każdego człowieka. O śmierci napisał on tak:

„Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, gdy umrzesz. Czyż nie jest to właściwa odpowiedź na pytanie, jak przestać bać się śmierci?”.


Do adremu jednak!
No, no, no.
Inna - aleś pojechała!!
Celowo nie chwaliłem Cię wczoraj, coby Cię duma tudzież pycha nie rozparła.
No ale dzisiaj już nie wytrzymam i se powiedziałem że pójdę, usiądę i napiszę:

BRAWO!!!

Poruszone przez Ciebie zagadnienie jest niezwykle lotne i ważkie bo
wcześniej czy później zapuka z wielością swych poszukiwań, zapytań, rozstajnych dróg do większości ludków. Słodycz odnajdywanych odpowiedzi często koreluje z użeraniem się po pustych manowcach (przynajmniej u mnie) ale przecież ostatecznie warto przepuścić przez sito 10 ton mułu by znaleźć ten kilogramowy okruch złota - tzn Prawdy.

Inna
Posty: 322
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sens istnienia

Post autor: Inna » 20 paź 2021, 18:52

Pantop pisze:
17 paź 2021, 9:56

Inna - aleś pojechała!!
Celowo nie chwaliłem Cię wczoraj, coby Cię duma tudzież pycha nie rozparła.
Nie grozi mi to ;)
Ja się ledwo przełamałam...
Dla większości jestem incognito, więc poszło ;)
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)

Inna
Posty: 322
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sens istnienia

Post autor: Inna » 21 paź 2021, 8:34

Wklejam to pod wpływem chwili, a może i natchnienia jakiegoś za sprawą ks. Wojciecha Węgrzyniaka.
Traktuję to jako swoistego rodzaju przejście z jednego tematu (o sensie istnienia), do drugiego (o świadomości)

"Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest
ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy.
Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią, a
on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli
więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski." (Rdz 3,6-7)

Ewie otworzyły się oczy nie wtedy, gdy sama zjadła owoc z drzewa zakazanego, ale wtedy, gdy Adam też zjadł.
Można powiedzieć, ze upłynął pewien czas między zjedzeniem owocu a uświadomieniem sobie tego, że coś stało się w nich, że nastąpiła jakaś zmiana.
Gdy człowiek grzeszy, to często nie widzi jeszcze konsekwencji grzechu, czasem trzeba czasu, by je dostrzegł.
Prawda potrzebuje czasu.
Pokusa i zły często wygrywają z nami, bo nie myślimy długodystansowo, a jedynie "tu i teraz".
A skoro "tu i teraz" nie ma efektów negatywnych, to dlaczego się nie skusić?...

I tu by można temat rozwijać na jakże popularny slogan dzisiejszych czasów: "ŻYJ TU I TERAZ"
Warto jednak pamiętać o tym po co żyjemy (temat wyżej) i mieć tego świadomość (temat nowy w kąciku psychologicznym - do którego oczywiście zapraszam :) )
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)

Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2644
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Sens istnienia

Post autor: ozeasz » 31 paź 2021, 17:24

Inna pisze:
15 paź 2021, 12:37
A zatem cel jest jeden. Tym celem jest Niebo i życie wieczne, a raczej życie wieczne w Niebie. Taki cel nadaje naszemu życiu sens. Tylko musimy się bardziej postarać, wysilić, zastanowić co w życiu jest najważniejsze, jakie wartości są na pierwszym miejscu. Jeśli do tego dojdziemy, zrozumiemy, że żyjemy po COŚ.
Inna :) bliskie jest mi to co napisałaś, mam podobnie, tego rodzaju rozważania są obecne i u mnie szczególnie od czasu kiedy świadomie zaprosiłem Jezusa do swojego życia 27 lat temu. Miały one różne kierunki, można powiedzieć że "poziomy", zależne od aktualnych doświadczeń, ale i jakiejś dojrzałości która pozwalała mi dostrzec "nowe" elementy na bazie których dostrzegałem coś następnego, a może po prostu widzianego z innej perspektywy.

Kiedyś przeczytałem, że każda informacja zmienia naszą percepcję, jest to proces bardzo dynamiczny, przekonuje mnie to, ta "nowa" - bogatsza? uzdalnia do dostrzeżenia horyzontu dotychczas dla mnie często nieobecnego.
Miałoby to dla mnie niewielkie znaczenie, gdyby nie było narzędziem do obcowania z Jezusem, z Bogiem, dla mnie to jest celem mojego istnienia, już tutaj na ziemi, "poznanie" (jako rodzaj intymnej relacji) Boga a w związku z tym również własnej tożsamości, istoty.
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II

Pantop
Posty: 2263
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Sens istnienia

Post autor: Pantop » 18 lis 2021, 9:38

Pani Beata S. powiedziała:
,,/.../radością, która jest stanem szczęścia bez żadnego zewnętrznego powodu.,,

Potencjał tej informacji odkryje teraz przed nami ks Pawlukiewicz
/szczególnie od 11.40 do 13.40/:
https://youtu.be/mUDw0u4MrsQ

Ale tyko tym, którzy są na tropie poszukiwania takowej.

Reszta musi poczekać :|

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości